Paweł Demirski, Jan Suświłło
POŁOŻNICE SZPITALA ŚW. ZOFII
rewia położnicza
MÓWI PAWEŁ DEMIRSKI:
Akcja „Położnic szpitala św. Zofii” dzieje się na zatłoczonym oddziale położniczym. Ordynatorka oddziału doprowadziła swój szpital na sam szczyt rankingu „Rodzić po ludzku”. Wysokie notowania, dobre oceny i sprzyjające statystyki mają być furtką do wymarzonej przez ordynatorkę prywatyzacji szpitala. Wszystko jest zaplanowane, wymyślone i neoliberalny sukces jest na wyciągnięcie ręki. Plany ordynatorki krzyżuje wysłanniczka ministerstwa i kapitalizmu w jednym. Biały personel buntuje się i marzy o strajku. Do tego na oddział trafiają kłopotliwe położnice i ich bladzi z napięcia mężowie. Każda z par podobnie jak ordynatorka zaplanowała sobie przyszłość. Snują plany o życiu z nowo narodzonym dzieckiem. Każda z par reprezentuje inne poglądy i klasy społeczne. Niestety rodzące się dzieci nie spełniają oczekiwań planujących i pewnych siebie rodziców. Noworodki są obdarzone świadomością i krytycznym instynktem.
„Położnice...” to opowieść o pozornej możliwości zaplanowania rzeczywistości zgodnie ze swoim sumieniem i swoimi poglądami. Dziecko staje się testerem, papierkiem lakmusowym dla otaczającej je rzeczywistości. Konfrontacja klasy średniej, w najrozmaitszych jej odsłonach z nieuchronną realnością dziecka i niemożliwością jej pełnego kontrolowania staje się silnikiem wydarzeń, próbą postaw i koniecznością przedefiniowania obrazu rodziny. Służba zdrowia kontra emocje, prywatna służba zdrowia jako niemądra utopia. Publiczna służba zdrowia jako wiecznie niesprawny system. Dzieci jako przeciwnicy stylu życia. Gdzieś w szpitalu św. Zofii zaczynają się traumy, które będą towarzyszyć przez całe życie.
Spektakl inspirowany jest prawdziwymi wydarzeniami.
Prapremiera: 17 września 2011
Uprawiają sztukę krytyczną. Wykorzystując anarchistyczny potencjał śmiechu (ich ulubione gatunki sceniczne to burleska, farsa, slapstick, komedia), uczą, że kształt świata jest wynikiem walki interesów rozmaitych grup, że obok prawdy zwycięzców jest także prawda przegranych i to na nią zwracają uwagę widzów. Czarnym charakterem w ich teatrze staje się wszystko to, co chce uchodzić za oczywiste, jedyne i niepodważalne. Szczególnie: neoliberalizm, kapitalizm, konsumpcjonizm oraz polska narodowa martyrologia (…)
Nagrodę PASZPORTY POLITYKI otrzymują za konsekwentnie rozwijany projekt teatru krytycznego. Za odwagę mówienia więcej i ostrzej, niż chcielibyśmy usłyszeć. Za żywiołową teatralność łamiącą bariery „dobrego smaku” na rzecz „dobrego myślenia”.
(Serwis PASZPORTY POLITYKI 2010)
Monika Strzępka i Paweł Demirski, bo o nich mowa, to bodaj najgłośniejsze dziś nazwiska w nowym, polskim teatrze. Budzą kontrowersje, otrzymują nagrody, mają wiernych fanów i zagorzałych przeciwników. Najważniejsze przedstawienia stworzyli w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu: „Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł”, „Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty”, „Niech żyje wojna!!!” oraz „Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej” (wszystkie tytuły prezentowaliśmy rok temu w ramach XII Wakacyjnego Przeglądu Przedstawień).
OBSADA:
NOWORODKI:
Barbara Ducka, Barbara Duszczak, Jolanta Gabor-Chavez, Małgorzata Mazurkiewicz, Małgorzata Ochabowicz, Weronika Ratajczak, Sonia Sosna-Kostrzewa, Emanuela Żukowska, Sebastian Chwastecki, Bartosz Figurski (gościnnie), Rafał Gajewski, Kryspin Hermański, Jakub Jóźwik, Mikołaj Karczewski (gościnnie), Bartłomiej Kuciel, Krzysztof Włosiński
BIAŁY PERSONEL:
Wioleta Malchar, Estera Sławińska-Dziurosz, Anna Surma, Elżbieta Wacławek-Czmok, Kamil Baron, Piotr Brodziński, Bartosz Jaśkowski, Rafał Szatan, Marcin Wawrzynowicz
DZIECI GENERAŁA FRANCO:
Barbara Duszczak, Jolanta Gabor-Chavez, Wioleta Malchar, Małgorzata Mazurkiewicz, Małgorzata Ochabowicz, Weronika Ratajczak, Estera Sławińska-Dziurosz, Sonia Sosna-Kostrzewa, Anna Surma, Elżbieta Wacławek-Czmok, Emanuela Żukowska, Kamil Baron, Piotr Brodziński, Sebastian Chwastecki, Bartosz Figurski (gościnnie), Rafał Gajewski, Kryspin Hermański, Bartosz Jaśkowski, Jakub Jóźwik, Mikołaj Karczewski (gościnnie), Bartłomiej Kuciel, Rafał Szatan, Marcin Wawrzynowicz, Krzysztof Włosiński
oraz
orkiestra Teatru Rozrywki w składzie:
Daniel Ruttar – fortepian, instrumenty klawiszowe
Patryk Lewi – gitara elektryczna
Janusz Berezowski – gitara basowa
Piotr Gec – perkusja, instrumenty perkusyjne
Bartłomiej Herman – perkusja, instrumenty perkusyjne
Agata Brachman-Szymczyk – flet
Klaudiusz Sowa / Adam Stachula – obój
Olgierd Komorowski – klarnet, klarnet basowy
Dominika Kubicka / Bartłomiej Kozina – klarnet
Wojciech Front / Jacek Olesik – fagot
Kamil Kułach / Jacek Owsianka – flet, saksofon sopranowy, altowy i tenorowy
Marek Kuc / Grzegorz Zioła – waltornia
Marek Malisz / Krzysztof Świtała – trąbka
Karol Ogrodnik / Sławomir Rosiak – puzon
Jacek Gros – I skrzypce
Małgorzata Liszak – skrzypce
Joanna Mizera-Zalejska – altówka
Ewa Wieczorek-Baran – wiolonczela
dyrygenci: Wojciech Gwiszcz, Joseph Herter, Jerzy Jarosik

Na zdjęciu TOMASZA ZAKRZEWSKIEGO – twórcy i realizatorzy "Położnic szpitala św. Zofii". Od lewej: Jan Suświłło (muzyka), Rafał Urbacki (choreografia), Jerzy Jarosik (kierownictwo muzyczne), Monika Strzępka (reżyseria), Paweł Demirski (tekst), Maciej Chojnacki (scenografia).









Zdjęcia z próby generalnej: BARTŁOMIEJ SOWA
GŁOSY PRASY:
Monika Strzępka i Paweł Demirski zmierzyli się w Teatrze Rozrywki z musicalem. W "Położnicach szpitala św. Zofii" rozliczają polską służbę zdrowia, ale i robią rachunek sumienia za kilka pokoleń rodziców i dzieci.
To był trudny poród, a przygotowanie do niego nie trwało dziewięć miesięcy, ale całe lata. Na afiszu Teatru Rozrywki pojawiły się nazwiska, na które część publiczności czekała od dawna: reżyserka Monika Strzępka i dramaturg Paweł Demirski. Choć w ciągu ostatniej dekady dyrektorzy wielu scen obiecywali sprowadzić młodych gniewnych reżyserów (którzy nieraz walczyli o Laur Konrada festiwalu Interpretacje), nie doczekaliśmy się na Śląsku spektaklu Grzegorza Jarzyny, Krzysztofa Warlikowskiego, Przemysława Wojcieszka, Jana Klaty, Mai Kleczewskiej, Michała Zadary, Iwony Kempy czy Barbary Wysockiej. Ta krótka wyliczanka jest potrzebna, by pokazać pustkę, jaką odważył się wypełnić dyrektor Teatru Rozrywki w Chorzowie.
Do znanych doskonale teatromanom Strzępki i Demirskiego przypięto łatkę prowokatorów, tymczasem największym prowokatorem okazał się Dariusz Miłkowski, który zaprosił głośnych twórców nie do teatru dramatycznego, ale do muzycznego, i powiedział im: zróbcie musical. Zaryzykował i zamiast kolejnej licencji broadwayowskiej postanowił opowiedzieć brutalną historię. Jak to u Demirskiego bywa - wziętą z polskiego życia.
"Położnice szpitala św. Zofii" doczekają się zapewne wnikliwej analizy gatunkowej. Demirski co krok pozwala sobie na komentarz do innych muzycznych przebojów teatralnych. Igra też bez kompleksów z tradycją musicalowych songów. Największy przebój tytułuje "Oksytocyna my love", każe śpiewać pielęgniarkom za tęsknotą do Strajku, wreszcie jeden utwór to nic innego jak seria wyśpiewywanych podczas porodu przekleństw. Będzie też pewnie czas i miejsce na analizy z perspektywy gender studies, bo spektakl gęsty jest od komentarzy do patriarchatu czy roli matki w społeczeństwie. Na gorąco warto jednak wymienić dwa powody, dla których trzeba zobaczyć chorzowskie przedstawienie.
Po pierwsze: nie można przejść obok niego obojętnie. Można się zachwycać spektaklami Strzępki i Demirskiego lub nie cenić ich wcale, ale nie można ich ignorować. Nie można udawać, że teatr, który ma służyć społecznej i politycznej debacie, jest chwilowym wybrykiem historii. W "Położnicach..." Strzępka i Demirski robią rachunek sumienia polskiej służbie zdrowia i komentują realia, w jakich kobiety rodzą podobno "po ludzku".
Duet nie poprzestaje jednak na historii poskładanej z własnych doświadczeń czy statystyk o korupcji lub błędach lekarskich. Drugi akt to jedno wielkie rozliczenie pokoleniowe. Dokonuje go chór noworodków, które bez pardonu pytają, po co właściwie są na tym świecie. Dołącza do nich chór zawiedzionych ojców, synów i córek, którzy nie spełnili stawianych im przez świat oczekiwań. To wreszcie duet dzieci pokolenia 2 tys. zł brutto, które się po prostu nie narodziły, bo tego pokolenia na dzieci nie stać. Całość dobitnie kumuluje się w scenie, w której syn niczym Hamlet spotyka swojego Ojca Ducha i chce mu wreszcie powiedzieć kilka szczerych, gorzkich słów Demirski nie pozwala sobie jednak na sceniczne katharsis. Nie będzie żadnego oczyszczenia, konfrontacji, wielkiego monologu. Autor wraz z reżyserką pokazują nam, jak wiele rzeczy mamy nieprzepracowanych zarówno na poziomie rodziny, jak i państwa, w którym kolejne pokolenia przychodzą na świat.
Po drugie: spektakl Strzępki i Demirskiego trzeba poczuć. Po raz pierwszy Strzępka i Demirski odstawili trochę na bok narodowe sprawy i mity i dotknęli tematu bardzo intymnego. Rozdrapali kilka ran i świadomie lub nie emocje publiczności wymknęły się na chwilę spod kontroli. Pierwszy raz widziałam, że na spektaklu Strzępki niejedna osoba ukradkiem płacze. Ckliwość? Nie, raczej rozbudzony instynkt lub empatia, o których wielu reżyserów może tylko pomarzyć.
Czy to najlepsze przedstawienie Strzępki z tych, które widziałam? Nie, jednak wyjątkowo ważne dla Chorzowa i dla prawie całego zespołu, który podjął to wyzwanie. Nie zawiodła Izabella Malik doskonała w duecie z Dariuszem Niebudkiem (Chorzów nie widział ich dotąd w tak dramatycznej sytuacji scenicznej). Nie rozczarowała jak zawsze pełna teatralnego temperamentu Elżbieta Okupska czy doprowadzona do scenicznego szaleństwa Alona Szostak. Do tego dochodzą precyzyjne epizody z Martą Kloc, Barbarą Ducką czy Jacentym Jędrusikiem. Zresztą ostatecznie to i tak sama publiczność da najlepszą odpowiedź, czy chce takiego spektaklu.
(Aleksandra Czapla-Oslislo, Gazeta Wyborcza)
* * *
Na jednym z najlepszych rysunków Marka Raczkowskiego zwarty tłum stoi, powiewając groźnie transparentem z napisem "k... mać". Taki sam nastrój wyraża musical Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego rozgrywający się na izbie porodowej. Wizja świata, jaką proponowali w kolejnych spektaklach Monika Strzępka i Paweł Demirski, bywała już mroczna. Laureaci Paszportu "Polityki" wywoływali upiory polskiej transformacji, upominali się o zadośćuczynienie dla ofiar polskiego rynku pracy, oskarżali system edukacji o zbrodnie przeciwko zdrowiu psychicznemu kolejnych pokoleń "Polaków małych". Ich najnowszy spektakl, musical "Położnice szpitala św. Zofii" to już nie oskarżenie, ale ryk, lament i donos na siebie samych. Artyści, pracujący od wielu lat razem, zostali niedawno rodzicami. Traumatyczne doświadczenia na porodówce, wściekłość, wstyd i bezradność wobec cierpienia własnego dziecka skumulowali w swojej najnowszej produkcji. Pomstują w niej na wszystkich, którzy mają czelność płodzić, rodzić i wychowywać. Tworząc groteskową wizję jednej nocy na oddziale położniczym w państwowym szpitalu, pytają naiwnie i konfrontacyjnie: "Po co to wszystko?". Kto może odpowiedzialnie powiedzieć, że jest przygotowany do roli rodzica? I jaki cud miałby się dokonać, by rodzice nie zniszczyli życia dzieciom, a dzieci nie rozczarowały rodziców? Autorzy wplątują w swoje rozliczeniowe show trzy pary. Za poczciwą dziewczyną z klasy średniej (Izabela Malik) ciągnie się uświadomiony genderowo mąż (Dariusz Niebudek), który swój udział w ciąży zgoła przecenia. Zamiast pomagać rodzącej, sam domaga się troski i zrozumienia. Dla wykończona kolejnymi ciążami, opakowanej w kołnierz ortopedyczny, kule i stabilizator "matki wielodzietnej" (Marta Kloc) sam poród to rutyna. Większym problemem jest podtrzymywanie stałego poziomu alkoholu we krwi męża, "Macho-dyktatora" (Jacenty Jędrusik). Para dorobkiewiczów, którzy za wszystko zapłacili z własnej kieszeni, panikuje nie tyle z obawy przez nową rolą życiową, ile w wyniku estetycznej odrazy wobec "świata ludzi publicznych". Wszystkim urodzą się dzieci. Wszyscy o 4.48 spróbują podmienić je na jakiś "lepszy model". Wszyscy przekonają się, że nie warto - każdy egzemplarz jest równie fatalny i skazany na beznadzieję. Jeśli nawet dziecko nie da się patriarchatowi, to załatwi go dyktatura kobiecych pism lifestylowych. Jak nie wyścig szczurów, to bezrobocie. Jak nie religijny fanatyzm, to kryzys wartości. A gdy skończą mu się antydepresanty, lepiej niech od razu nakryje się białym prześcieradłem i poczołga w kierunku cmentarza.
Na oddziale Strzępki, Demirskiego i kompozytora Jana Suświłło kręci się gromada kreatur, o których nie sposób powiedzieć, czy są bardziej "winni", czy "skrzywdzeni i poniżeni". Bezwzględna Prywatyzatorka (Marta Tadla), nepotyczna Ordynatorka (Elżbieta Okupska), położna bez litości (Aldona Szostak) i leniwe pielęgniarki z "Białego Miasteczka" nie zachowują się okropnie wyłącznie z wrodzonej perfidii. Są produktami systemu. Przeciwko nim zwróci się oddział uzbrojonych w giwery "noworodków" w pieluchach i ciemnych okularach. Dzieciaki wiedzą, że mają przechlapane i kogoś w końcu muszą pociągnąć do odpowiedzialności. W 1980 r. w "Kolędzie Nocce" Ernesta Brylla i Wojciecha Trzcińskiego sens sprowadzania kogokolwiek w reżimową szarzyznę gdzieś jeszcze w oddali majaczył. "Pójdźcie za naszą gwiazdą..." śpiewali artyści, pocieszając nadzieją wspólnoty, zbiorowego wysiłku w imię przyszłości. 30 lat później w chorzowskim musicalu "...od bólu obłąkani/żyjący w bojaźni/otępieni cierpieniem" są wszyscy, ale żadna "jasności jasność" na horyzoncie już nie majaczy. Rzeczywistość to koszmar. Dzieci "matki wielodzietnej" szukają, u kogo by tu załatwić łapówką szczęśliwe poronienie "potencjalnego braciszka", bo i tak im już w "wielodzietnym mieszkanku" za ciasno. Niepełnosprawny noworodek potworek (Barbara Ducka), rzężąc, przekonuje widzów, jak bardzo będzie się starał wpasować w normalną, czyli schizofreniczno-kapitalistyczną ścieżkę kariery. Potworność goni potworność.
Najlepiej odwołać wszystkie porody, wystrzelać bociany, położyć się i czekać, aż coś łupnie.
Nawet jeśli pojawia się obowiązkowy w musicalu wątek miłosny, to kryje się za nim trauma. Obiektami romantycznych tęsknot w rewelacyjnych "songach" Jana Suświłło nie są kochankowie, dzieci czy ojczyzna, ale Oksytocyna i Strajk. Środek znieczulający i stan społecznego paraliżu. Tylko one mają jeszcze sens.
Strzępka i Demirski przekonują, że nazwanie porodu "rozwiązaniem" to naprawdę kiepski żart. Dla nich to dopiero początek problemów. Pokazują świat pełen systemowej mizoginii, egoizmu i okrucieństwa tak makabrycznego, że można się z niego jedynie śmiać.
Sugerują, że wszyscy widzielibyśmy podobny obraz, gdyby nie było nas stać na znieczulacze: telewizję, kolorową prasę, treningi osobowości, pigułki, zafałszowane wspomnienia z dzieciństwa.
Przewijający się przez cały spektakl motyw muzyczny z "Nakarmić kruki" Carlosa Saury przypomina, że skrzywdzone dzieci prędzej czy później zapragną zemsty. Hasło "No pasaran" aktywizuje tradycję buntu - od okrzyku hiszpańskich republikanów walczących z reżimem Franco po wiersz Władysława Broniewskiego i współczesne piosenki punkowe. Problem polega na tym, że bunt i rewolucja też zostały już skompromitowane, a winnych brak. Hiszpanie nadal wychodzą na ulice, ale przeciwko czemu protestują - nie wiedzą sami. Są tłumem, a nie wspólnotą. Polska nadal rodzi w bólach demokrację, o której Zachód już wie, że jest krnąbrna i starzeje się zaraz po wyjściu z fazy chorób dziecięcych. Ale rozpoczętego porodu powstrzymać nie sposób. Cały spektakl jest więc jak jedno wielkie przekleństwo rzucone gdzieś w pustkę. Skuteczności w tym niewiele, ale diagnoza społecznych nastrojów - jakże trafna.
(Joanna Derkaczew, Gazeta Wyborcza)