
KRZYK WEDŁUG JACKA KACZMARSKIEGO
muzyka: Jacek Kaczmarski, Przemysław Gintrowski, Zbigniew Łapiński, L. Llach Grande
teksty piosenek: Jacek Kaczmarski
scenariusz i reżyseria: Robert Talarczyk
choreografia: Katarzyna Aleksander-Kmieć
scenografia: Elżbieta Terlikowska
aranżacje i kierownictwo muzyczne: Hadrian Filip Tabęcki
prapremiera: 20 listopada 2004
Duża Scena
czas trwania: 130 minut z 1 przerwą
ZŁOTA MASKA 2005 dla Roberta Talarczyka za kreatywność i wszechstronność adaptacyjnych , reżyserskich i aktorskich w spektaklach: „Niezidentyfikowane szczątki ludzkie i prawdziwa natura miłości” (Teatr Gry i Ludzie – Katowice), „KRZYK według Jacka Kaczmarskiego” (Teatr Rozrywki – Chorzów) oraz „Cholonek” (Teatr Korez – Katowice)
ZŁOTA MASKA 2005 dla Katarzyny Aleksander-Kmieć za choreografię
To swoista lekcja historii współczesnej, opowiadająca o prawdzie i zakłamaniu, buncie i rezygnacji, zbrodniczym cynizmie i bolesnej bezsilności. Także o skomplikowanych zachowaniach tłumu, który kreuje przywódcę duchowego, by najpierw go wielbić, by znudzić się nim i na koniec — zniszczyć go. Wtłoczony w ramy systemu Artysta, swoim buntem zapala tłum do walki o własne marzenia — taka donkiszoteria pojawia się co jakiś czas, i co jakiś czas miażdży ją przetaczające się właśnie koło Historii.
Kanwę spektaklu stanowią mądre i gorzkie piosenki, mówiące o sprawach znacznie wykraczających poza ramy jednej sytuacji
czy jednego okresu historycznego, mimo iż pisane były zwykle jako komentarz do konkretnego zdarzenia lub określonej postawy moralnej. Ze scenicznej opowieści wyłania się więc nie tragiczna postać Barda, a raczej — jego niepokoje i przemyślenia na temat wydarzeń bliskich nam i bardziej odległych.
Ich ponadczasowość przeraża i skłania do refleksji o niedoskonałości ludzkiej natury, o wszechobecności tchórzostwa, podłości, chciwości i żądzy władzy.
obsada:
Beata Chren, Małgorzata Gadecka, Ewa Grysko, Izabella Malik, Maria Meyer, Róża Miczko, Elżbieta Okupska (gościnnie),Anna Ratajczyk, Estera Sławińska-Dziurosz / Emilia Majcherczyk, Alona Szostak, Marta Tadla,
Marian Florek, Jacenty Jędrusik, Dominik Koralewski, Andrzej Kowalczyk, Mirosław Książek, Łukasz Musiał / Sebastian Ziomek, Marcin Wawrzynowicz, Dariusz Niebudek(gościnnie), Marcin Rychcik (gościnnie), Artur Święs (gościnnie), Robert Talarczyk (gościnnie)
zespół baletowy:
Katarzyna Buczkowska, Natalia Gajewska, Natalia Kurzawa / Larysa Policińska, Małgorzata Ochabowicz, Emanuela Żukowska,
Sebastian Chwastecki, Jakub Lewandowski, Krzysztof Włosiński
wykonawcom towarzyszy zespół muzyczny Teatru Rozrywki w składzie:
Olgierd Komorowski — klarnet
Krzysztof Świtała — trąbka
Karol Ogrodnik — puzon
Jacek Gros — skrzypce
Aleksandra Posmyk — skrzypce
Joanna Mizera-Zalejska — altówka
Ewa Wieczorek-Baran — wiolonczela
Piotr Gec — perkusja
oraz KAMELEON TRIO w składzie:
Paweł Stankiewicz — gitara elektryczna i akustyczna
Hadrian Filip Tabęcki — fortepian
Sebastian Wypych — kontrabas i gitara basowa
galerie:
KRZYK WEDŁUG JACKA KACZMARSKIEGO
recenzje:
(...) Każde słowo i każda wyśpiewana fraza utworów Kaczmarskiego ma ogromną siłę — takie też jest najnowsze przedstawienie Teatru Rozrywki.
(...) Katarzyna Aleksander-Kmieć stworzyła fenomenalną choreografię, precyzyjnie operując tłumem, jednocześnie szukając indywidualnych rozwiązań dla każdej z osób na scenie. (...) Muzycznie eksperymentował Hadrian Filip Tabęcki. Nowe aranżacje rozpisane na wiele instrumentów okazały się niezwykle drapieżne i interesujące. (...) Każdy z aktorów, interpretując słowa Kaczmarskiego, stworzył odrębną historię — barwny element w kalejdoskopie całego przedstawienia....
(...) "Krzyk" — skąpany w scenograficznej czerwieni i szarości, wypełniony malarstwem, przebogaty w historyczne postacie, współtworzony przez plastyczny ruch sceniczny, rozpisany na energetyczne dźwięki, pikantny w aluzje — to przedstawienie, na które pójść zdecydowanie warto.
(Gazeta Wyborcza)
Ryzykowne to było przedsięwzięcie, ale powiodło się! Przedstawienie muzyczne złożone
z samych tylko piosenek do tekstów Jacka Kaczmarskiego zboczyć mogło przecież w ślepy zaułek politycznej agitki, albo przybrać kształt akademii ku czci barda, który wcale zresztą legendą być nie chciał... Ale może Jacek czuwał z zaświatów nad realizatorami, którym teatr
nie pomylił się z mównicą, i którzy przygotowali zbiorowym wysiłkiem spektakl sceniczny
z prawdziwego zdarzenia.
(...) Największym zaskoczeniem dla pierwszych widzów przedstawienia była choreografia Katarzyny Aleksander-Kmieć, daleka od "rewiowych" pląsów wykonywanych zwykle za plecami solistów. Tu ruch stanowi integralny element interpretacji poezji Kaczmarskiego. Ekspresyjny, wzbogacony o elementy pantomimiczne, idealnie współgra ze słowem i muzyką. Zaskoczenie drugie to nowe aranżacje Hadriana Filipa Tabęckiego, łamiącego schematy, jakie zwykliśmy przykładać do melodii sprzężonych z poezją Kaczmarskiego. Przemysław Gintrowski, Zbigniew Łapiński i L. Llach Grande napisali tę muzykę drapieżnie, a Kaczmarski wzmocnił ją charyzmą wykonawcy. W Teatrze Rozrywki ta sama muzyka, rozpisana na inne instrumenty, na piękne solówki (np. skrzypcowe) wydobywa z piosenek głębię metafory i refleksji. W tę poetycką przestrzeń, nieznana czy raczej przez lata nieodkrytą przez słuchaczy, aktorzy Teatru Rozrywki wpisują swoje głębokie interpretacje. Przejmując prawie bez wyjątku....
(Dziennik Zachodni)
Spektakl, na który szedłem z obawą, ciekawością i nadzieją. Obawą — ponieważ piosenki Jacka Kaczmarskiego, czołowego barda i piewcy niepodległościowych idei, legendy polskiej ballady nie należą do najłatwiejszych. Z ciekawością — bo zespół Teatru Rozrywki to przecież zespół, który nie boi się wyzwań, nawet takich, których nie podjął się do tej pory nikt.
(...) Obok reżysera Roberta Talarczyka, współtwórcą przedstawienia, który wywarł istotny wpływ na jego kształt jest niewątpliwie choreograf Katarzyna Aleksander-Kmieć. Jej pomysły
i jej praca przy realizacji odcisnęły osobiste piętno na końcowym efekcie. Dzięki niej oglądaliśmy nie koncert piosenek Jacka Kaczmarskiego, ale pełnowartościowy spektakl muzyczny, obdarzony za sprawą Elżbiety Terlikowskiej skromną, wręcz surową, niezwykle stosowną scenografią i może z wyjątkiem kreacji Carycy Katarzyny, bardzo konsekwentną w tej stosowności. Nie byłoby tego spektaklu bez aranżacji piosenek zaproponowanej z dużym wyczuciem atmosfery twórczości Kaczmarskiego. Biorąc na "warsztat" tego rodzaju materiał muzyczny Hadrian Filip Tabęcki zdawał sobie sprawę z trudności i wielu pułapek jakie mogą kryć się podczas pracy. W konsekwencji udało mu się stworzyć coś nowego, autorskiego,
nie tracąc przy tym charakterystycznego, znanego nam nastroju. Reżyser Robert Talarczyk — — jak sam powiada — swój pomysł oparł na możliwościach i zaangażowaniu całego zespołu. Kiedy na zakończenie artyści wyszli do oklasków dało się zauważyć, że jest przez kolegów lubiany. Myślę, że klimat jaki udało mu się stworzyć na scenie, ma swoje źródło w klimacie, jaki panował podczas prób w czasie realizacji przedstawienia. To dobrze rokuje spektaklowi.
I Robertowi Talarczykowi także. Poszedłem na ten spektakl także z nadzieją, bo jak wielu z nas pragnę, aby treści zapisane w strofach piosenek, oraz nierozerwalnie związane z nimi melodie przetrwały w świadomości i sercach tych, którzy doświadczyli czasów, kiedy Jacek Kaczmarski je pisał. Chciałbym również, żeby ludzie młodzi, poprzez ten spektakl lepiej poznali realia
i klimat tamtych lat. Robert Talarczyk ze swoim wspaniałym zespołem Teatru Rozrywki nadzieję tę spełnił.
(Dziennik Teatralny)
"KRZYK według Jacka Kaczmarskiego"
Po śmierci Jacka Kaczmarskiego różni decydenci zastanawiali się, czy wypada nazwać jego imieniem jakąś ulicę, teatry natomiast robiły to, co wychodzi im najlepiej — czyli przedstawienia. Jak grzyby po deszczu powstawały nowe spektakle — "Galeria" we Wrocławiu, "Słowa" w Gdyni, "KRZYK według Jacka Kaczmarskiego" w Chorzowie... ten ostatni ciągle jest grany, a ulicy, jak nie było, tak nie ma.
Wystarczy rzut oka na zdjęcia z "KRZYKU...", żeby przekonać się, jakich rozmiarów jest to widowisko. Twórcy postanowili wprowadzać widzów w kolejne historie za pomocą efektów dźwiękowych (karabin, megafony, krakanie), podobnie, jak kiedyś czynił to zespół "Republika" (choćby na swojej drugiej płycie — "Nieustannym tangu").
Spektakl otwiera "Obława" w wykonaniu Marcina Rychcika, autora znakomitej książki "Roman Wilhelmi. I tak będę wielki" i odtwórcy roli Jima Morrisona w "Jeźdźcu burzy". W tym momencie należy wspomnieć o ważnej rzeczy — większość piosenek wytraca swoje pierwotne tempo, pozostają jedynie szkice melodii. Dobrze, że aktorzy Teatru Rozrywki nie próbują naśladować Jacka. "Obława" zaśpiewana jest dużo wolniej niż w oryginale, ale bardzo dokładnie (ciągle mam w pamięci występ Pawła Kukiza na jednym z ubiegłorocznych festiwali i frazę "i ręka pewna niezawodnie podnosi w górę dłoń"...), pojawia się elektronika, perkusja i sekcja dęta. "Przedszkole", śpiewane przez Izabellę Malik na początku dziecinnym głosikiem niespodziewanie ewoluuje na poziomie instrumentarium — pojawiają się dźwięki rodem
z musicalu "Metro". Artur Święs w "Manewrach" najbardziej chyba zbliżył się do oryginału — kiedy śpiewa "dobija tamtych trzech", rzeczywiście ciarki chodzą po plecach. W "Poczekalni"
nie zostało nic z drapieżnego wykonania JK. Maria Meyer (pamiętna Aldonza — Dulcynea
w "Człowieku z La Manchy") pokazuje, że można zaśpiewać to inaczej — powoli, delikatnie, jednocześnie nic nie uroniwszy z gorzkiego przesłania. W "Nie lubię" pojawia się znajomy fortepian, a wytracenie tempa pozwala Elżbiecie Okupskiej działać w obrębie tekstu. Kolejny utwór przynosi przyjemne brzmienie gitary akustycznej, na tle której Beata Chren na poły recytuje, na poły śpiewa. W efekcie "Bajka o Głupim Jasiu" zaśpiewana jest nie tylko bardzo przyjemnym głosem, ale także w bardzo plastyczny sposób. Marian Florek w "Stańczyku" zupełnie niepotrzebnie próbuje naśladować "żołądkowy" sposób śpiewania Przemysława Gintrowskiego. Niemałym zaskoczeniem jednak jest wplecenie w piosenkę ostrych, gitarowych riffów, a następnie przejście do delikatnego fortepianu. Początek "Rejtana" zaśpiewany jest — w sposób jak najbardziej zamierzony — niezwykle podniośle, ale ten patos niepostrzeżenie przechodzi w zaskakująco wesołą melodię, by zakończyć się cytatem z "Hej sokoły". Słuchając "Samosierry", śpiewanej przez Martę Tadlę, udało mi się wreszcie zrozumieć słowa, których
nie potrafiłem rozpoznać, gdy ten sam utwór wykonywało trio. "Wiosna 1905" rozpoczyna się owym charakterystycznym "kozackim gwizdem", ale na tym podobieństwa się kończą — znów daje o sobie znać sekcja dęta, a śpiewanie samego tekstu miejscami przechodzi we wrzask. "Autoportret Witkacego" — znów naśladowanie P. Gintrowskiego ("Muzeum", "Pamiątki")
i J. Bończyka ("Galeria"), w efekcie czego piosenka staje się nieznośnie patetyczna i nasycona groteską, jakiej sam Witkiewicz by się nie powstydził. "Krzyk" rozpoczyna gong, Róża Miczko śpiewa powoli, jakby każde słowo przychodziło jej z ogromnym trudem, niemal na granicy płaczu. Po "ogłusza mnie" następuje eksplozja elektroniki i ostrych gitar, co w połączeniu
ze sobą daje niemal transowe brzmienie. "Korespondencja klasowa" została mocno okrojona (Jacek na emigracyjnej "Litanii" śpiewa dużo więcej zwrotek...), rozbita na cztery części,
lecz zaśpiewana zupełnie inaczej niż miało to miejsce na koncercie z okazji 22. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. Słuchając bardzo intrygującej wersji "Lekcji historii klasycznej" (pamiętam wykonanie Jacka Wójcickiego w "Ostatnim dzwonku" w reżyserii Magdaleny Łazarkiewicz) po raz kolejny pojawia się pytanie: jak inaczej można zaśpiewać Kaczmarskiego? W "Pompei" pojawia się "elektroniczny pies" i saksofon, stanowiący tło
dla delikatnego, ale także — kiedy trzeba — drapieżnego śpiewu Marii Meyer. Dobrze, że na tej płycie i w spektaklu znalazła się "Opowieść pewnego emigranta", dotycząca jednego
z najbardziej tragicznych wątków w historii Polski po drugiej wojnie światowej. Teraz, kiedy licealiści nie odróżniają Gomułki od Gierka, a wszędzie wokół szuka się Żydów i masonów, należy przypominać o tym Marcu... Pisząc o "Śnie Katarzyny II", wciąż pamiętam najlepsze chyba wykonanie tej piosenki, jakie słyszałem kiedykolwiek — mam na myśli "Galerię"
i obdarzoną ewidentnie operowym głosem Magdalenę Szczerbowską. Tak więc poprzeczka ustawiona jest bardzo wysoko... śmiech w zakończeniu wersji "chorzowskiej" jest logicznie uzasadniony, acz zupełnie niepotrzebny (Jacek, wykonując tę piosenkę na swojej ostatniej studyjnej płycie pt. "Świadectwo", zrezygnował z "wesołego" zakończenia...).
Kiedy na "Krzyku" JK śpiewał "Nawiedzoną (wiek XX)", zawsze przechodziły mnie dreszcze. Myślałem, że tego utworu po prostu nie da się lepiej wykonać. Myliłem się. Piosenka powoli "rozpędza się", by maksymalne natężenie treści i dźwięku osiągnąć pod koniec, a efekt jest
po prostu wstrząsający (wielkie brawa dla Małgorzaty Gadeckiej). "Świadkowie" — kiedy JK
na koncercie w Piwnicy Artystycznej "Pod Harendą" zagrał pierwsze takty i powiedział pierwszą linijkę tekstu, na widowni rozległa się burza oklasków. Alona Szostak z uroczym rosyjskim akcentem nadaje mówionemu tekstowi zupełnie nowych znaczeń, natomiast panowie Koralewski i Brzeszczyński próbują naśladować JK, ale nie mają takich warunków głosowych, więc "szkoda, do jasnej cholery!" wypada niesamowicie blado przy tym, co zaryczał Jacek
na wspomnianym wyżej koncercie. Reakcja na tekst mówiony po rosyjsku przez Łukasza Musiała powinna być taka, jak reakcja publiczności, zgromadzonej w sali Audytorium Wright College w Chicago, kiedy Jacek pokazał, że potrafi płynnie mówić po rosyjsku — gromkie brawa z widowni. Robert Talarczyk, scenarzysta i reżyser spektaklu, śpiewa kolejną po "Obławie" legendarną pieśń Jacka. Robi to "po swojemu", nawet zmienia nieznacznie tekst, w okolicy "własne pędy, własne liście" posuwa się nawet do krzyku, sam utwór natomiast staje się — dzięki orkiestrowemu instrumentarium — niezwykle monumentalny, ale bynajmniej
nie patetyczny. Artur Święs, śpiewając "Epitafium dla Wysockiego" bardzo wyraźnie akcentuje kolejne kręgi piekielne, jednocześnie nie próbuje podrabiać śpiewu JK. Na koniec — pieśń,
która stała się przekleństwem Jacka i uczyniła z niego owego nieszczęsnego "barda Solidarności". Kiedy zobaczyłem, że płytę wieńczą "Mury", pomyślałem: "Znowu będą mu dorabiać narodową gębę...", ale po wysłuchaniu utworu musiałem przyznać, że się pomyliłem. Przede wszystkim — Marcin Rychcik nie śpiewa, a recytuje bardzo wyraźnie (ten "bat"...) tekst. W tle słychać delikatny podkład fortepianowy. Nie ma też w nieskończoność powtarzanego refrenu — "hymn Solidarności" kończy się konstatacją, że "mury rosły, rosły, rosły", a "łańcuch kołysał się u nóg". To niesłychanie radykalnie zmienia wymowę całego utworu — w efekcie otrzymujemy przerażająco smutną piosenkę, w której brak jakiejkolwiek nadziei. Słychać delikatną gitarę...
Powstał spektakl, który ma szansę przedłużyć życie piosenkom Jacka. Kiedy już nikt nie będzie chciał słuchać jego głosu i gitary, zaczną się poszukiwania czegoś innego i — być może — owi poszukiwacze natrafią właśnie na ten dwupłytowy album. Wiem jedno — Jackowi na pewno podobałoby się, że ktoś po dwudziestu kilku latach wreszcie prawidłowo odczytał "Mury".
A może powinienem raczej napisać "podoba się"?
(Tomasz Klauza, student kulturoznawstwa, Uniwersytet Śląski)








