
JESUS CHRIST SUPERSTAR
libretto: Tim Rice
muzyka: Andrew Lloyd Webber
przekład: Wojciech Młynarski i Piotr Szymanowski
inscenizacja i reżyseria: Marcel Kochańczyk
choreografia i współpraca reżyserska: Jarosław Staniek
scenografia: Grzegorz Policiński (d), Elżbieta Terlikowska (k)
kierownictwo muzyczne: Jerzy Jarosik
premiera: 28 kwietnia 2000
Duża Scena
czas trwania: 120 minut z 1 przerwą
ZŁOTA MASKA 2001 dla Janusza Radka za rolę Judasza
Oto ostatnie dni życia Jezusa Chrystusa. Syn Boży naucza jeszcze, wiedząc jednak, że zbliża się czas odejścia. Jego uczniowie są przy nim, tak jak jest obok niego kochająca go Maria Magdalena. Judasz ma wątpliwości, czy Jezus nie bierze swoich marzeń
za rzeczywistość. Pochylając się nad sakiewką ze srebrnikami, wciąż jeszcze się waha. Nie uniknie jednak przeznaczenia.
Jest jeszcze Piłat, który próbuje uratować Jezusa. Bezskutecznie. Wiadomo przecież, że Słowo musi stać się Ciałem...
JESUS CHRIST SUPERSTAR stał się czymś więcej, niż jeszcze jednym musicalem. Przedstawienie stworzone przez dwóch młodych, zaledwie dwudziestokilkuletnich Brytyjczyków, okazało się na przełomie lat 60. i 70. jednym z największych przebojów w historii teatru muzycznego, spektaklem na miarę rewolucji Dzieci Kwiatów. Rice i Webber zaproponowali hipisowską wersję Ewangelii
— ilustrowaną muzyką rockową opowieść, w której Jezus Chrystus kreowany jest na pierwszego młodzieżowego idola w dziejach świata. Popularność JCHS — mimo zmieniających się mód i tendencji muzycznych — trwa do dzisiaj.
obsada:
Jesus Chrystus: Maciej Balcar (gościnnie)/ Janusz Kruciński w dniach 28 i 30 marca 2010
Judasz Iskariota: Janusz Radek (gościnnie)
Maria Magdalena: Maria Meyer
Król Herod: Jacenty Jędrusik
Poncjusz Piłat: Andrzej Kowalczyk
Kajfasz Arcykapłan: Zbigniew Mikolasz (gościnnie)
Annasz: Marta Tadla
Kapłan: Marta Tadla
Dowódca straży-Kapłan II: Marian Florek
Piotr: Marek Chudziński
Szymon Zelota: Dominik Koralewski *
oraz
Katarzyna Buczkowska, Beata Chren, Weronika Drynkorn, Barbara Ducka, Małgorzata Gadecka, Natalia Gajewska,
Jolanta Gabor-Chavez, Ewa Grysko, Katarzyna Hołub, Beata Jabłońska-Rakoczy, Natalia Kurzawa, Marta Kloc, Katarzyna Korzec, Emilia Majcherczyk, Izabella Malik, Małgorzata Mazurkiewicz, Róża Miczko, Małgorzata Ochabowicz, Larysa Policińska, Anna Ratajczyk, Barbara Skrodzka, Estera Sławińska-Dziurosz, Sonia Sosna, Anna Surma, Alona Szostak, Elżbieta Wacławek-Czmok, Agata Witkowska, Dagmara Żuchnicka, Emanuela Żukowska,
Piotr Brodziński, Sebastian Chwastecki, Jarosław Czarnecki, Tomasz Drożdż, Cezary Dróżdż, Rafał Gajewski, Kamil Guzy,
Kryspin Hermański, Bartosz Jaśkowski, Jakub Jóźwik, Grzegorz Kaczmarczyk,
Janusz Krzypkowski, Bartłomiej Kuciel, Mirosław Książek, Jakub Lewandowski, Zbigniew Mikolasz (gościnnie), Łukasz Musiał, Mirosław Riedel, Wojciech Stolorz, Adam Szymura, Marcin Wawrzynowicz, Krzysztof Włosiński
i
Orkiestra Teatru Rozrywki
dyrygenci: Jerzy Jarosik / Joseph Herter
* adept
galerie:
JESUS CHRIST SUPERSTAR
w najbliższym czasie:![]()
![]()
![]()
recenzje:
Mamy kolejne wydarzenie artystyczne! Jesus Christ Superstar to inscenizacja piękna, mądra
i wspaniale zagrana.(...) Wspaniałe układy choreograficzne autorstwa Jarosława Stańka, porywają swoją dynamiką, wymownością i pięknem (...) A jak świetnie brzmi zespół wokalny! (...) Monumentalne chwilami, rockowe i ostre brzmienie orkiestry pod dyrekcją Jerzego Jarosika dopełnia tej uczty muzycznej. (...) Oszczędna, ale bardzo wymowna scenografia Grzegorza Policińskiego zachwyca prostotą i wspaniałym wkomponowaniem się w wizję plastyczną reżysera. Kostiumy Elżbiety Terlikowskiej są równie piękne. No i reżyser Marcel Kochańczyk po raz kolejny dał nam prezent w postaci wspaniałego, z rozmachem i fantazją przygotowanego widowiska, które jest nie tylko pięknym obrazkiem, ale przekazuje nam treści bardzo znaczące i skłaniające do myślenia.
(Goniec Górnośląski)
Największą zaletą tego spektaklu jest umiejętne zrównoważenie scen zbiorowych
i kameralnych. Tłum, mimo żywiołowego tańca, jest poddany wzorowej dyscyplinie. (...) Pięknie brzmią songi, notabene świetnie spolszczone, śpiewane samotnie przez Judasza czy Chrystusa, który nagle zdaje sobie sprawę , że wszyscy go opuścili . Mimo, że przecież nie jest to spektakl religijny, to stan emocji i uniesień, jakich dostarczają nam wszyscy jego realizatorzy, wróży mu długi sceniczny żywot.
(Śląsk)
Nie ma w Jesus Christ Superstar łatwych wokalnie ról, bo nawet najmniejsze wymagają świetnych głosów. Te w zasadzie w Chorzowie są, a gdy do niektórych ról zabrakło odtwórców, to zaproszono gości. W tytułowej roli oglądamy więc Macieja Balcara. Jego Chrystus jest zbyt mało charyzmatyczny, za to bardzo ludzki, targany namiętnościami, wątpliwościami,
za to dobrze śpiewający. Autorzy stawiając Jezusa nieco ponad wszystkimi bohaterami, motorem całej akcji uczynili Judasza. W Teatrze Rozrywki wcielił się w niego Janusz Radek, który z każdą chwilą przedstawienia był coraz lepszy. Pełen ekspresji, dynamiczny,
o niesamowitym głosie.
(Trybuna Śląska)
Największym atutem spektaklu jest odtwórca roli tytułowej Maciej Balcar. (...) Obdarzony jest świetnym głosem i ma osobowość sceniczną. Jego Chrystus jest postacią charyzmatyczną, promieniującą dobrem, głęboko ludzką i pełną otwartości na drugiego człowieka. (...) Wzruszająca i pełna prostoty jest Maria Magdalena w wykonaniu Marii Meyer. Gwiazda chorzowskiego ansamblu zagrała kobietę po przejściach, która pod wpływem miłości Chrystusa odzyskuje wiarę w potęgę dobra i sens życia.
(Rzeczpospolita)
Chorzowski spektakl to prawdziwe show, które oszałamia widza rozmachem, zaskakuje dekoracjami, kostiumami, feerią świateł oraz całkiem nowymi wcieleniami znanych aktorów
i gościnnie występujących piosenkarzy. Widowisko, osadzone głęboko w historii biblijnej,
w nowej inscenizacji nabrało walorów bliskich ludziom współczesnym.
(Posłaniec Świętej Rodziny)
"Bo jarmark trwa.
Bez aktu kaźni / Smak życia nie byłby wyraźny"
Roman Pawłowski w artykule, zatytułowanym "Lord musicalu", pisał następująco:
Następny musical Rice i Webber oparli na podobnym pomyśle. Skoro tak entuzjastycznie przyjęto rock' n' rollowe oratorium na podstawie Biblii, dlaczego nie napisać rockowej wersji Ewangelii? Pracowali trzy lata, po czym w 1970 roku wydali płytę, na której songi śpiewali popularni piosenkarze z towarzyszeniem rockowego bandu. Producenci bali się finansować przedstawienie, które tak nietypowo pokazywało Jezusa z Nazaretu. Do premiery "Jesus Christ Superstar" doszło dopiero w 1971 roku w Nowym Jorku. Spektakl trafił idealnie w swój czas. Trawniki w Central Parku były pełne młodych ludzi ubranych w kwieciste szaty i palących marihuanę. I to oni stali się pierwszymi fanami musicalu. Przyciągało ich nie tylko rockowe brzmienie i współczesny tytuł, stawiający Jezusa pomiędzy idolami kultury masowej. Ważny był także sposób ujęcia samej historii ostatnich siedmiu dni Jezusa z Nazaretu. Narratorem był tu Judasz Iskariota, rozczarowany działalnością Jezusa i przeciwny fanatykom, którzy robili
z Jezusa Pana Boga. Sam Chrystus pokazany był jako zwyczajny człowiek ze wszystkimi słabościami i niekonsekwencjami. Był nie tylko natchnionym prorokiem, ale przede wszystkim młodym mężczyzną, który nie radzi sobie z emocjami wobec zakochanej w nim Marii Magdaleny. Apostołowie tworzyli na scenie hipisowską komunę, która dzieli się jedzeniem
i majątkiem, a tłum mieszkańców Jerozolimy witał Chrystusa wjeżdżającego na osiołku niczym gwiazdę pop przed koncertem, śpiewając Hej, JC, czy uśmiechniesz się do mnie?
A jak wygląda chorzowska inscenizacja 35 lat po nowojorskiej premierze? Przede wszystkim zaskakuje scenografia. Jeśli w "Dyzmie" była ona po prostu płaska, tutaj mamy do czynienia
z głębią. W tle widzimy horyzont, sama rampa natomiast do złudzenia przypomina
tę z "pierwszego polskiego spektaklu, wyprodukowanego w pełni za prywatne pieniądze". Kiedy usłyszałem zabarwioną orientalnymi akcentami "Uwerturę", a na scenie zobaczyłem biały dym, dyskotekowe światła i młodych ludzi w podartych dżinsach, potwierdziły się moje najgorsze obawy — "Toż to Metro 2!". Z całego tego śpiewająco-tańczącego tłumu (gratulacje dla Jarosława Stańka, "który chyba i kamienie potrafiłby nauczyć akrobatycznych ewolucji") najmocniej zapadła mi w pamięć ładna brunetka w czerwonym podkoszulku. Na szczęście pierwsza piosenka Judasza skutecznie rozwiała moje przypuszczenia, że "Jesus..." zrealizowany będzie w konwencji "metropodobnej". W występach Janusza Radka nie ma nic
z kabaretu ("Królowa Nocy"), poezji śpiewanej ("Serwus Madonna") czy też piosenki aktorskiej (wykonanie "Mamony" na XXIII PPA). Jest za to nieprzeciętny głos, w którym słychać rockową zadziorność, momentami wręcz zagłuszający orkiestrę. Radek prezentuje całą gamę wrzasków, warknięć i kapitalnych wokaliz, śpiewanych nierzadko w zawrotnym tempie. Kiedy w "Ostatniej Wieczerzy" (nota bene — mającej mało wspólnego z tą Leonardową, a znacznie więcej
z piknikiem czy "Śniadaniem na trawie") zawodzi technika i nie słychać odpowiedzi Judasza
na Jezusowe "(...), a drugi mnie zdradzi", widać za to doskonale niewiarygodny wprost wysiłek, jaki maluje się na twarzy i szyi Radka, gdy śpiewa, nieświadomy, że publiczność go nie słyszy. Scena śmierci Judasza, odpowiednio oprawiona za pomocą białego dymu i krwistoczerwonego światła, w połączeniu z psychodeliczną muzyką tworzy — jak pisał w liście do Sary Kane, dotyczącym "Zbombardowanych", Edward Bond — "dziwną, prawie halucynacyjną jakość". Kiedy z sufitu spływa sznur, zakończony pętlą, napięcie sięga zenitu... tym większe jest zaskoczenie publiczności, gdy ciemność nad ich głowami rozdziera znajomy głos, krzyczący "Więcej światła!", a po schodach, jak gdyby nigdy nic, w blasku reflektora, schodzi Judasz — konferansjer, który wszak przed chwilą zniknął w zapadni (wykorzystanie machiny teatralnej).
Pomysłowe jest również uczynienie "newsa" z pojmania Syna Bożego — zachodni patent,
jak widać, świetnie się sprawdza. Przed spektaklem odtwórca roli tytułowej znany mi był zarówno jako wokalista Dżemu (po obejrzeniu DVD z występu grupy na Przystanku Woodstock w 2004 roku stwierdziłem, że "zupełnie niepotrzebnie imituje sceniczne zachowania Ryszarda Riedla, jego charakterystyczne gesty i sposób poruszania się za mikrofonem"), jak i twórca solowy — na płycie "Czarno" udowadnia, że potrafi śpiewać delikatnie (utwór tytułowy),
ale — kiedy trzeba — również z rockowym "wykopem" ( "Za bliski").
Maciej Balcar jako Jezus faktycznie wygląda, jakby dopiero co zszedł z tego słynnego obrazu, zatytułowanego "Jezu, ufam Tobie". Jeśli domeną Judasza jest ruch - znika za kulisami,
by za chwilę znów wybiec na scenę, wodząc wokół przerażonym wzrokiem — to Jezus jest raczej statyczny. Sam Balcar mówił: "Chciałem być mniej histeryczny od Gillana i bardziej jezusowaty, łagodniejszy". Ten Chrystus - by posłużyć się stwierdzeniem Andrzeja Barańskiego, mówiącego o swoim filmie "Parę osób, mały czas" — krzyczy cichością. Tym bardziej zaskakuje jego wybuch złości w świątyni czy krzyk w najmniej oczekiwanym momencie "Rozmowy z Bogiem". Jest w tej pieśni scena absolutnie porażająca — Balcar śpiewa "Dobrze!/Przyglądaj się, jak będę umierał/Teraz...", po czym pada jak rażony piorunem, wyraźnie słychać uderzenie głowy o deski. Na widowni zapada cisza. Przedłuża się ona
w nieskończoność, a Jezus nadal leży nieruchomo. Pojawia się moment zawahania: "Czy to aby na pewno było zaplanowane? Czy nic mu się nie stało?". Wreszcie słychać ciche, ale wyraźne "Kiedyś pewny krok/Dzisiaj lęk i mrok"... i kolejna z niezwykłych scen — biczowanie.
Nie zdarzały się jeszcze takie zachowania publiczności, jak podczas koncertów legendarnej grupy Osjan (Wojciech Waglewski: (...) na początku lat 70. Osjana traktowano z nabożnym szacunkiem, jak ręce, które leczą, na koncerty przychodziły tabuny wiernych, dla których było to wydarzenie parareligijne. Pamiętam, że muzycy ubierali się na biało i opowiadali jakieś bzdury o mistycznych uniesieniach. Twierdzili, że grają muzykę Wschodu, nazywali to chyba nawet ragami. (...) Trochę się zagalopowali. Jacek Ostaszewski opowiadał, że zdarzały się koncerty, na których ludzie wczołgiwali się na scenę i całowali ich po rękach. To był szok, zorientowali się, że za daleko się posunęli, że —delikatnie mówiąc — zaczęło to przekraczać granice dobrego smaku. Koncert zamieniał się w obrządek, a oni zdali sobie sprawę,
że nieświadomie oszukują, przecież nie są kapłanami, nie mają namaszczenia, nie mogą być traktowani jak bóstwa, ale któregoś wieczoru, podczas sceny biczowania, w atmosferze narastającej nienawiści jego niedawnych wielbicieli, dziewczyna z pierwszego rzędu widowni położyła przed leżącym na scenie Maćkiem czerwoną różę.
W scenie, kiedy Jezusowi wymierzone zostaje 39 razów, musi być perfekcyjne zgranie ruchu
i dźwięku. Tylko wtedy wygląda wiarygodnie i robi przerażające wrażenie. To swoisty paradoks — w spektaklach Sary Kane jest takie nagromadzenie coraz wymyślniejszej przemocy ("psychopatyczny morderca amputuje młodemu homoseksualiście język, ręce i nogi, a jego partnerowi podrzyna gardło", "tłum linczuje głównego bohatera, obcinając mu genitalia
i smażąc je na grillu", "Żołnierz terroryzuje i gwałci Iana, potem wysysa mu oczy, zjada je
i strzela sobie w łeb"), że przestaje szokować, bo jest niewiarygodne. Tymczasem
w chorzowskim przedstawieniu nie ma ani kropli krwi, a mimo to — a może raczej właśnie dzięki temu — scena biczowania jest przejmująca i taka... ludzka. Nie trwa minutę - jest długa
i męcząca. Ogląda się ją równie ciężko, jak scenę wieszania Jacka Łazara w "Krótkim filmie
o zabijaniu". Jedyne, co możemy zrobić — uwięzieni w fotelach - to odwrócić wzrok... Owszem, możemy mówić, jak Ernest Bryll w "Rzeczy listopadowej", że "to tylko szminka", "to tylko teatralne", ale nie możemy przecież twierdzić, że "to się nigdy nie wydarzyło", "to jedynie fikcja literacka". Ostra muzyka, skandujący tłum na scenie, Piłat z sadystyczną satysfakcją liczący razy... to wszystko sprawiło, że 24 maja b.r. "kilkaset osób po obu stronach rampy poczuło nagle, że oto bierze udział w prawdziwym sądzie nad prawdziwym człowiekiem".
Pani Marii Meyer gratuluję odwagi w kwestii kostiumu. Mimo wyzywającego stroju jej Maria Magdalena nie posiada wulgarności Aldonzy, ale jest równie tragiczna, jak Mańka,
bo zakochana w niewłaściwym mężczyźnie. Po raz kolejny miałem okazję przekonać się,
jak wielkim głosem dysponuje Pani Meyer i jak ten krystalicznie czysty głos brzmi w absolutnej ciszy, jak się w niej rozchodzi. Trudno się nie uśmiechnąć, gdy Herod (przezabawny Jacenty Jędrusik) w oprawie rewiowo-operetkowo-kabaretowej wyśpiewuje swe ironiczne czy wręcz szydercze wersy ("Więc słynny Jezusie, do dzieła, ot co,/Bardzo proszę nie bądź leń/I mą wodę w wino zmień./(…)Jesteś przecież gwiazda gwiazd/Jesteś hitów hit/Stwierdzić przykro byłoby/Że ludziom wciskasz kit./Chcę z moim dworem/zwiększyć Twój fan club/Wstrząśnij nami, cynikami/zrób to, proszę, zrób"). Co ciekawe — ten Jezus nie czyni cudów (przynajmniej nie na scenie). Kiedy otacza go tłum inwalidów, którzy o mało go nie zaduszą, po prostu boi się ich.
Dominik Koralewski śpiewa bardzo wyraźnie— co nie było tak łatwo zauważalne w chóralnych śpiewach Chłopców z Łyskowa - "Piosenkę Szymona Zeloty". Piłat Andrzeja Kowalczyka nie ma w sobie nic z procuratora Judei, występującego w "Mistrzu Małgorzacie". Jeśli w spektaklu Krystiana Lupy "boli go nie tylko głowa, boli go całe ciało, każde słowo to wybuch nowego bólu. Kiedy płacze na ramieniu Jeszui (Andrzej Hudziak), nie ma nieustraszonego żołnierza, jest cierpiący, szukający wsparcia człowiek", to w chorzowskiej rock-operze jest obawiającym się Cezara i ulegającym presji tłumu despotą. W scenie biczowania widać wyraźnie, że tłum ten nie jest jedynie tłem — staje się bohaterem. Kiedy Kowalczyk śpiewa swoje "Nie wstrzymam Cię przed samozniszczeniem/Giń, jeśli chcesz, giń, giń pomyleńcze. /Nie wstrzymam Cię, idź
na krzyż i w ziemię/Umywam ręce, /Ja umywam ręce!!!", aż purpurowieje na twarzy z wysiłku, bo — jak sam mówi —"taką rolę trzeba grać na pełnych obrotach". Efekt jest naprawdę wstrząsający. Leopold Stawarz ze swoim operowym głosem pasuje do roli Kajfasza — patetyczny sposób śpiewania pozostaje w zgodzie z pełnionym urzędem. Scena Ukrzyżowania mogłaby budzić kontrowersje — pieśń o tym, że gdyby Jezus umierał dzisiaj, to "cały świat by słyszał Go przez telesatelity", przeplatana ostatnimi słowami Zbawiciela - ale tak się nie dzieje. Zderzać umiejętnie komizm z tragizmem w sposób, by efekt nie był groteskowy,
to wielka umiejętność. Dobrze, że Ukrzyżowanie pokazano w sposób symboliczny, daleki
od "atrakcji" rodem z "Pasji" Gibsona. Wzbogacony o lekturę książki "Gwiazdy noszą tenisówki" postanowiłem zabawić się w wypatrywanie na scenie znajomych twarzy — udało mi się dojrzeć m.in. Mirosława Książka (jeden z apostołów) i Katarzynę Buczkowską-Budnik (jedna z tancerek w pałacu Heroda). Stroje — jak najbardziej współczesne, język — również ("Jeden numer
— z trędowatym", "co jest grane", "Montuje opozycję"), ale nie aż tak, jak w "Romeo i Julii" Teatru Studio Buffo. Po tak entuzjastycznej recenzji należałoby chyba pogratulować reżyserowi pomysłu, rozmachu i niekwestionowanego sukcesu. W tym przypadku nie jest to jednak możliwe. Niestety. W tym roku miną cztery lata od śmierci Marcela Kochańczyka, a spektakl nadal nagradzany jest owacjami na stojąco. A więc jednak "Non omnis moriar"...
Kiedy Lubelski Teatr Muzyczny chciał wystawić "Jesus Christ Superstar" na terenie byłego obozu koncentracyjnego na Majdanku, zdecydowanie się temu sprzeciwiono. Nie dziwię się — pomysł tańców i śpiewów na ludzkich popiołach nie jest zbyt trafiony. A sama rock-opera? Ktoś musiałby być bardzo ortodoksyjnym katolikiem, żeby stwierdzić, że ten spektakl go obraża.
Dla osoby głęboko wierzącej będzie to przeżycie niemal mistyczne, próba dotknięcia tajemnicy, a ktoś, kogo relacja z Bogiem jest trudna, być może po obejrzeniu przedstawienia sięgnie
po Biblię. Niektórzy pójdą tylko dlatego, żeby posłuchać świetnej muzyki, wspaniałych tekstów
i genialnego wykonania. Spektakl zagrany był w maksymalnym skupieniu, perfekcyjnie zaśpiewany (Józefowicz mówił: "Widz przychodzi tylko jeden raz"), widać było przysłowiowe "krew, pot i łzy". Podczas całego przedstawienia panowała cisza. Tym milej zaskoczyła mnie reakcja publiczności, której lwią część określiłbym mianem "szkolno-wycieczkowej", a która zgotowała aktorom głośne oklaski na stojąco. Kiedy czyta się o tym, do czego dochodzi
w łódzkich teatrach, niczego nie można być pewnym. Do ukłonów aktorzy wyszli w "cywilnych" ubraniach. Można było wtedy zobaczyć wzruszenie Pani Okupskiej, "prywatny uśmiech" Janusza Radka i zaskoczenie, połączone z zadowoleniem w oczach zespołu, wcielającego się w role wielbicieli Jezusa. Gdy pomyślimy, że przed nimi teraz tylko godzina na złapanie oddechu i znowu spektakl, na myśl przychodzi tylko jedno słowo - podziw. Teraz - podobnie, jak bywalcy forum "Rozrywki" - czekam z niecierpliwością na płytę, dokumentującą to niezwykłe przedstawienie. Bo szkoda by było, gdyby - jak mówił w "Ryśku" Jana Skaradzińskiego Beno Otręba—"tyle fajnych numerów uleciało gdzieś przez komin"...
(Tomasz Klauza, student kulturoznawstwa, Uniwersytet Śląski)








